Dlaczego rynek pomiarów elektrycznych jest tak zepsuty?
czyli "ile za punkt"
Słowo wstępu
Artykuł przedstawia moją prywatną opinię na temat wynagrodzenia za wykonanie szeroko rozumianych „pomiarów elektrycznych”, fachowo określanych jako kontrola stanu technicznego lub sprawdzenie odbiorcze ewentualnie okresowe instalacji elektrycznej. Często pojawia się również pojęcie „przeglądy pięcioletnie”. Dla potrzeb niniejszego tekstu w dalszej jego części pozostawię tę niezwykle utartą nazwę – czyli „pomiary”. Obowiązek ich wykonywania znajduje się w ustawie prawo budowlane, w związku z tym każdy właściciel i zarządca obiektu budowlanego musi je wykonywać, czyli najczęściej organizować przetarg i wygrywa firma, która daje najniższą cenę. Kryterium ocen to oczywiście tylko i wyłącznie cena. Przetargi mają dwie formy – albo kwota za całość albo za punkt pomiarowy. Druga możliwość de facto polega na zsumowaniu ilości punktów pomnożonych przez oferowaną kwotę, wychodzi na to samo.
Kto może wykonywać pomiary
Krótko i na temat: kontrole oraz sporządzić protokół może osoba posiadająca świadectwo kwalifikacyjne „D” w zakresie czynności kontrolno-pomiarowych. Wystarczy jedna osoba. Mówi o tym wprost ustawa prawo budowlane, art. 62:
(…)
4. Kontrole, o których mowa w ust. 1, z zastrzeżeniem ust. 5–6a, przeprowadzają osoby posiadające uprawnienia budowlane w odpowiedniej specjalności.
5. Kontrole stanu technicznego instalacji elektrycznych, piorunochronnych i gazowych, o których mowa w ust. 1 pkt 1 lit. c i pkt 2, mogą przeprowadzać osoby posiadające kwalifikacje wymagane przy wykonywaniu dozoru nad eksploatacją urządzeń, instalacji oraz sieci energetycznych i gazowych.
Świadectwa kwalifikacyjne wspomniane wyżej to tzw. „uprawnienia SEP” wydawane raz na 5 lat osobie, która zdała stosowny egzamin. Poza tym od niedawna taka osoba musi wykazać się wiedzą teoretyczną i praktyczną w zakresie… i tu następuje cała lista wymagań. Jeżeli chodzi o udowodnienie posiadanej wiedzy trzeba wykazać się pewnymi, wymienionymi w rozporządzeniu dokumentami, nie chcę wymieniać ich wszystkich. Treść rozporządzenia jest tutaj.Jednym słowem taka osoba musi być elektrykiem, mieć ukończone studia na kierunku elektrycznym bądź inaczej udowodnić związanie z elektrotechniką. Dostępne możliwości wymienione są w powyższym linku. Można powiedzieć, że wszystko wygląda prawidłowo i nie widać nic podejrzanego.
Jak wygląda egzamin?
Tragicznie. Nie wygląda jak egzamin tylko coś w rodzaju „rozmowy”. Ale po kolei. Szumnie nazwany egzamin jest poprzedzony szkoleniem, na którym poruszane są kwestie związane w znacznej mierze z ochroną przeciwporażeniową oraz przepisami BHP przy urządzeniach elektroenergetycznych. Po kilku godzinach wykładu zasiada szacowna komisja i odbywa się rzeczony egzamin, na którym często nie ma żadnych pytań. Jest to na zasadzie luźnej rozmowy. Niestety (albo stety?) taka jest rzeczywistość nadawania uprawnień ludziom, którzy biorą odpowiedzialność za życie innych. Rozmowa ze śmieszkowaniem i masz kwit. Nie musisz nic wiedzieć. Dobra, nie zawsze tak jest. Czasami zdarzają się pytania typu „kolory przewodów”, „co właściwie pan mierzy podczas pomiarów”, „kiedy wyłączy B16”. Problemem jest to, że to są pytania banalne, na poziomie technikum elektrycznego. Uprawnienia do wykonywania pomiarów elektrycznych wydawane są na 5 lat, później wygasają i egzamin trzeba powtórzyć.
Kolejnym ułatwieniem jest to, że kursy i egzaminy odbywają się również w formule online, nie musisz wychodzić z domu, aby być elektrykiem. Mało tego, kiedyś na facebook’u widziałem ogłoszenie pewnej firmy orgaznizującej szkolenia i egzaminy… z gwarancją zdania egzaminu, w przeciwnym wypadku zwracali pieniądze.
Podsumowując – droga do zawodu elektryka nie jest trudna. Wystarczy zdać „sepy”, kupić miernik i można działać.
Mierniki
Jest ich całe mnóstwo. Można wręcz przebierać w urządzeniach. Jednym z nich jest Sonel MPI-507, którego recenzowałem w tym artykule. Koszty mierników są wysokie, za wspomnianego Sonela trzeba zapłacić ok. 5500 zł brutto. Tym bardziej, że jeden miernik nie wystarczy, gdy myślimy poważnie o pomiarach. Musimy np. dokupić coś do fotowoltaiki, luksomierz, miernik do rezystywności gruntu itd. Oczywiście są kombajny, które mają prawie wszystko, ale są bardzo ciężkie i drogie. Do tego dochodzi wzorcowanie, które nie jest obowiązkowe, ale wymagane przez inspektorów nadzoru lub zamawiających i dla świętego spokoju trzeba to mieć. Kolejny koszt. Poza tym trzeba mieć również podstawowe narzędzia i wskaźnik napięcia.
Wiedza - rzecz najważniejsza
Teoria, której nikt z nas nie lubi, przy wykonywaniu sprawdzeń instalacji elektrycznej jest szalenie istotna. Bez niej nie da się wykonywać pomiarów elektrycznych. Pod warunkiem, że chcemy wykonywać je rzetelnie i wiedzieć co robimy. Co z tego, że pomiar np. impedancji pętli zwarcia nie wyjdzie, w sensie samego jej wyniku, jak nie będziemy wiedzieli jak z tego wybrnąć i co napisać w protokole. Albo inny przykład – pomiary rezystancji izolacji, na ich wynik ma wpływ kilka urządzeń – czy elektryk, który nie ma pojęcia co sprawdza będzie wiedział dlaczego miernik wskazuje 0 omów? Wszystko może być przecież dobrze. Czy różnicówka może służyć zamienne do wyłącznika nadprądowego, jako urządzenia wyłączające? Przykłady można mnożyć. Kolejną bardzo istotną rzeczą są oględziny, które przeprowadza się jako pierwsze. Jeżeli ich wynik jest negatywny to odstępuje się od dalszych czynności związanych z kontrolą instalacji. Czy elektryk bez wiedzy będzie potrafił ocenić czy dany ogranicznik przepięć zabudowany w rozdzielnicy będzie miał w niej zastosowanie? Czy wyłączniki różnicowoprądowe są odpowiedniego typu? Czy przewody są odpowiednio zabezpieczone? Jaki przekrój i długość przewodu powinna być zastosowana jako przewód uziemiający z SPD? I tak dalej, pytań jest mnóstwo.
Prawda jest taka, że większość elektryków takiej wiedzy nie ma. Dlaczego? Bo nikt od nich jej nie wymaga. Ma być protokół i koniec, kogo obchodzi czy tam jest B16 czy wkładka 20A gG zabezpieczająca gniazdko. Protokoły są wykonywanie na kolanie, zawarta w nich jest nieprawda i bzdury. Do protokołów nie są dołączane obowiązkowe plany i schematy instalacji. Wpisywane są błędne zabezpieczenia, nie ma protokołów z oględzin. I co z tego, skoro nikt tego nie sprawdza? Ma być tanio i dobrze. I jest… tylko tanio. W rzeczywistości inwestor nie ma bladego pojęcia w jakim stanie jest jego instalacja.
Ostatnio otrzymałem zapytanie na wykonanie pomiarów elektrycznych w Katowicach. Wielki biurowiec, w zapytaniu ilość punktów pomiarowych była określona na 4500. W mailu zwrotnym zapytałem inwestora o to czy posiada aktualne schematy elektryczne swojej instalacji, czy gniazda są opisane (mają np. trwale zamocowane oznaczniki na obudowach), czy dysponuje planami instalacji. Tak jak przewidywałem, na wszystkie pytania odpowiedź brzmiała „nie”. Wyjaśniłem panu, że najpierw należy wykonać inwentaryzację instalacji a dopiero później przystąpić do sprawdzenia. Odpowiedź brzmiała mniej więcej tak: „wie pan, ktoś chce jeździć Dacią a ktoś Mercedesem. Ja wybieram Dacię i interesuje mnie jak najniższa cena, ktoś się pod tym tyle lat podpisywał to niech dalej bierze za to odpowiedzialność”. Czyli cena, cena, cena. Nikogo nie obchodzi czy gniazdka są zabezpieczone różnicówkami czy może wkładkami bezpiecznikowymi 32A gG. Niestety inwestor ma prawo do takiego podejścia, ponieważ nikt nie kontroluje przeprowadzającego pomiary elektryczne. Pod warunkiem, że nikomu nic się nie stanie. Abstrahując od tego, że zgodnie z polską normą 60364 wykonawca sprawdzeń ma obowiązek dołączyć do protokołu np. schematy i plany instalacji, bardzo mało tzw. „pomiarowców” to robi. No bo po co?
Dwa lata temu wykonywałem sprawdzenie instalacji elektrycznej w kilkunastu obiektach, w których wcześniej pomiary wykonywał mój były pracodawca. Od podszewki znałem jego podejście do tego tematu, ale i tak byłem zdumiony jego niedbalstwem i bylejakością wykonywanej pracy. Część instalacji wymagała natychmiastowej poprawy, nie nadawała się do użytku. Gniazdka 230V nie miały podłączonych przewodów PE (odłączone nie wiedzieć czemu w rozdzielnicy), palące się przewody, niesprawne różnicówki, brak dobezpieczenia obwodów wyłącznikami nadprądowymi (tylko RCD w obwodzie). Kilka zdjęć z powyższego tematu zamieszczam poniżej.
Oczywiście w przypadku tego sprawdzenia w protokole wszędzie było wpisane B16 jako urządzenie zabezpieczające, żadnych zaleceń, instalacja sprawna w 100%, brak rzutów, schematów. Niestety jest to powszechna praktyka firm, które wykonują pomiary instalacji elektrycznych – brak rzutów czy schematów instalacji pozwalających jednoznacznie zidentyfikować obiekty podlegające sprawdzeniu.
Nigdy nie podejmuję się sprawdzenia instalacji, która jest „nieopisana”. Zawsze muszę wiedzieć jakim zabezpieczeniem są zabezpieczone dane obwody. To podstawowa sprawa, inaczej się nie da. Oczywiście jeżeli komuś zależy na tym, aby zrobić swoją robotę dobrze. Ja zawsze podchodzę do tego uczciwie.
Skąd brać wiedzę?
Czy to nie jest przypadkiem tak, że elektrycy się nie znają, ponieważ nie ma źródeł wiedzy o pomiarach? Nie jest. Dzisiaj mamy szeroki dostęp do wiedzy i mamy skąd się uczyć. Przede wszystkim wszelkie opracowania Dr inż. Edwarda Musiała oraz książki prof. Stanisława Czappa i Henryka Markiewicza. Poza tym mamy książkę Orlika, która daje dobre podstawy. Dostęp do norm jest płatny, ale jeżeli ktoś poważnie myśli o pomiarach to musi sobie wykupić tych kilka podstawowych. Poza tym są teraz grupy, fora, filmiki, szkolenia online. Jak widać nie ma usprawiedliwienia dla pomiarowców partaczy.
Zaniżanie cen
Kolejna powszechna praktyka. Wystarczy wziąć udział w jakimś postępowaniu, aby się o tym przekonać. Poniżej przedstawiam przykład. Wygrywa firma za 3 zł od punktu. Dodam, że wycenie podlegało kilkanaście lokalizacji oddalonych od siebie o kilkanaście kilometrów. Firma, która wygrała również nie była z najbliższych okolic (mniej więcej 75 km dojazdu). Mało tego, oprócz samego przebywania na obiekcie konieczne będzie spędzenie kilkunastu godzin w celu sporządzenia protokołów wraz z ich wydrukowaniem i podpisaniem. Porażka, dla mnie to jest wycena za darmo. W tych pieniądzach nie da się wykonać tej pracy uczciwie. Prawdopodobnie odbędzie się to na zasadzie przepisania starych protokołów, ale już na pewno bez schematów, rzutów, oględzin.
W większości przypadków tak wyglądają przetargi. Wg mnie nie da się opierać swojej działalności rynku tylko „przetargowym”, z prostej przyczyny: będzie to nieopłacalne. Zostaniemy zmuszeni do zaniżania cen, aby wygrywać postępowania.
Zepsucie rynku - przyczyny
- Rozdawnictwo uprawnień - właściwie każdy może być elektrykiem, nie czarujmy się - wiele nie trzeba żeby mieć przysłowiowe "D". Moim zdaniem to jest główna przyczyna zepsucia rynku pomiarów instalacji elektrycznych. Dopóki to się nie zmieni, ceny nie pójdą w górę. Miernik - choćby kosztował 10000 zł netto każdy może kupić, ale zdać egzamin już nie powinien. Osoby, które aspirują do posiadania świadectwa kwalifikacyjnego na stanowisku dozoru muszą wykazywać się dużą wiedzą odnośnie ochrony przeciwporażeniowej, która powinna być weryfikowana na egzaminie. Tutaj powinna być wymagana praktyka, która musiałaby być udokumentowana. Np. jako pomocnik pomiarowca. Można by też wprowadzić egzamin państwowy, na którym trudniej byłoby przepuszczać nieuków. Rozwiązań jest wiele, pytanie tylko czy komuś zależy na usprawnianiu tego rynku?
- Brak poczucia odpowiedzialności pomiarowców. Skoro nikt od nich niczego nie wymaga już na etapie uzyskiwania uprawnień, to trudno oczekiwać od elektryka rzetelnego podejścia. Poza tym - cena - wygrał przetarg jadąc po bandzie, więc teraz trzeba zrobić szybko.
- Brak kontroli wykonanych sprawdzeń. Jeżeli chcielibyśmy wyleczyć rynek pomiarów z zaniżania cen, należałoby zacząć kontrolować obowiązkowo firmy, które wygrywają przetargi. Mógłby to zrobić inspektor nadzoru budowlanego właściwy do miejsca wykonania pomiarów. W przypadku stwierdzenia nieprawidłowości firmy powinny być wzywane na obowiązkowe poprawki. To są takie czcze życzenia :), ale jednocześnie moja propozycja.
- Inwestorom i zarządcom obiektów po prostu nie zależy na tym, aby sprawdzenie było przeprowadzone zgodnie ze sztuką. Ich interesuje tylko i wyłączenie cena (tak jak w przykładzie, który podałem). Tak jest w większości przypadków. Na szczęście znajdą się jeszcze ludzie, którzy mają świadomość zagrożeń płynących ze źle wykonanych sprawdzeń instalacji elektrycznej. Są to pojedyncze przypadki i raczej nie instytucje publiczne tylko prywatni inwestorzy, którym zależy na ciągłości zasilania i bezpieczeństwie swoich pracowników. Gdy uda nam się wykonać rzetelne pomiary u takiego inwestora, z dużą dozą prawdopodobieństwa zostaniemy już u niego i w przyszłości nie będzie on już więcej nikogo pytał o ofertę. Sam przerabiałem taki temat.
Co możemy zrobić?
Mój znajomy, który „żyje” z pomiarów znalazł sobie bazę stałych klientów i nie startuje w przetargach. To chyba jedyna słuszna droga. Dać się poznać, zrobić sprawdzenie instalacji profesjonalnie i mieć stałego klienta.
Można jeszcze pisać z prośbą do inwestorów o przekazanie protokołów od firm za 3 zł i próbować wyciągać konsekwencje, ale to raczej walka z wiatrakami. Moim zdaniem wszystkie komisje nadające uprawnienia do dozoru powinny być nadzorowane podczas egzaminów a egzaminy powinny być nagrywane na dyktafon. Tak jak jest na uprawnieniach budowlanych. Pytanie kto miałby być tym nadzorującym? Może osoba z innej komisji z innego województwa albo przedstawiciel GINB (Głównego Inspektora Nadzoru Budowlanego). Można by zrobić egzamin dwa razy w roku. Może zlikwidować wszystkie komisje i oddać egzaminowanie izbom inżynierów lub jeszcze komuś innemu, kto będzie miał poczucie odpowiedzialności. Jest wiele możliwości. Nawet zrezygnować z tego okresu 5 lat i nadawać uprawnienia na całe życie, ale zorganizować porządny egzamin poprzedzony odpowiednią praktyką. Dlaczego mamy płacić co 5 lat prawie 1000 zł za egzaminy (E+D)? Pewne jest jedno: trzeba zatrzymać rozdawnictwo uprawnień ludziom, którzy ich mieć nie mogą a takich jest wielu. Dzięki temu elektrycy zaczną szanować swoją robotę, ponieważ będą wiedzieli ile trzeba się napracować aby mieć uprawnienia do wykonywania pomiarów a także ile czasu zajmuje sporządzenie rzetelnych protokołów.
Tylko czy komuś na tym zależy?